Wywiad z s. Elżbietą Czarnecką - misjonarką z Sudanu

Joanna Nowak: Jak wygląda obecna sytuacja w Sudanie, zwłaszcza w ostatnich miesiącach? Czy coś się zmieniło na lepsze?

Sudan jest tak rozległym i zróżnicowanym krajem, że trudno odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem. Kiedy w maju 2004 roku zaczęto podpisywać pierwsze strony układu pokojowego miedzy rządem w Chartumie a rządem tak zwanego Nowego Sudanu z przywódcą Sudańskiego Narodowego Ruchu Wyzwolenia z południa, widziałam na ulicach stolicy i na drogach obozów dla uchodźców ludzi wychudzonych, bez sił, ale tańczących i śpiewających z radości, że nie ma już wojny, że nastał pokój. Także wielu muzułmanów nam mówiło: “Siostro, nareszcie będzie pokój i nie będzie problemów”. Dni radości minęły. Wzbudziły one głębszą wiarę i większą tęsknotę za prawdziwym pokojem. Ale istniejące problemy pozostały.

Do nich dołączyły się nowe i to bardzo zaskakujące, zwłaszcza dla nas – pracujących w Sudanie. Równocześnie z próbami podpisania pokoju rozpoczęła się rzeź niewinnych ludzi w Darfurze. Ucieczka tych ludzi do sąsiednich krajów uświadomiła światu, jak ogromny jest to problem. Umierali i wciąż umierają z pragnienia, głodu, braku higieny i lekarstw. Umierali tysiącami. Długo organizacje międzynarodowe nie miały pozwolenia od rządu z siedzibą w Chartumie na dostarczenie potrzebnej pomocy. Rząd mówił, że sam sobie poradzi z problemem, ale nic nie robił. Za to ofiar nocnych napadów i głodu przybywało. Obecnie dostarczana pomoc jest bezcenna i bardzo ważna, ale wciąż niewystarczająca. Wielu z tych ludzi przybywa w okolice Chartumu. Dołączają do tych żyjących w obozach dla uchodźców. Tutaj też cierpią głód, ale przynajmniej są bardziej bezpieczni, mają też bliżej do tych, którzy przynajmniej od czasu do czasu mogą udzielić im jakiejś pomocy materialnej.

J.N.: Czy jest szansa na pokój?

Oficjalnie pokój został podpisany, ale do prawdziwego pokoju jeszcze daleka droga. Wszyscy, a może raczej prawie wszyscy, tęsknią za pokojem. Bardzo wiele się o tym mówi, tak wśród inteligencji, jak też wśród ludzi zepchniętych do obozów uchodźców. Minione dwadzieścia dwa lata wojny domowej to czas strasznego cierpienia, śmierci niewinnych ludzi, głodu i poniżenia godności ludzkiej. Ale w tym bólu poczęły się i narodziły piękne rzeczy. Powstało pragnienie wiedzy i nauki zdobywanej często odstawianiem sobie jedynego posiłku od ust.

Ludzie zaczęli się organizować w obozach wokół swoich przywódców szczepowych. Ci natomiast są w kontakcie z ludźmi o wysokim autorytecie międzynarodowym, znającymi dobrze sytuację polityczną i ekonomiczną Sudanu. Przywódcy szczepowi otrzymują od nich potrzebne informacje i przekazują je swoim ludziom, którzy im ufają i którzy sami ich wybrali. Bogactwem tych przywódców jest ich mądrość i odwaga, a co za tym idzie – autorytet. Ich zdanie się liczy, ale i oni słuchają zdania swoich ludzi, starszych i młodszych. Poza tym nie różnią się w niczym od innych uchodźców z obozów. Są, jak oni, biedni i głodni.

To oni pytają ludzi, co chcą robić po podpisaniu pokoju: czy chcą wracać na południe czy też pozostać tu, gdzie są. Przygotowują się do możliwości powrotu, bo to jest przedsięwzięcie bardzo skomplikowane. Gdzie pójdą? Co tam zastaną? Jak przygotować ludzi na nową rzeczywistość, by nie było walk i nieporozumień chociażby o ten sam kawałek ziemi zostawionej ponad dwadzieścia lat temu, a może w tej chwili zamieszkałej przez kogoś innego, przez kogoś, kto tam dotarł pierwszy? Myślą oni jak przygotować ludzi, by przebaczyli wyrządzone im krzywdy, tak przez otwartych wrogów, jak też przez tych, którym zaufali i zawiedli się na nich. Jedną z rzeczy, o którą prosili, to pomoc psychologów, którzy pomogliby pokrzywdzonym przejść zwycięsko szok wojenny, który jest ukryty w ich wnętrzach, a do którego – przy ich afrykańskiej dumie – nie potrafią się przyznać. Prawdopodobnie większość uchodźców wróci na swoje tereny, bo mimo podpisanego pokoju już się mówi otwarcie, że tolerancja religijna i odejście od szarijatu dotyczą tylko południowej części Sudanu, a nie całego kraju. Ale to pokaże przyszłość.

Przepraszam, że nie piszę tutaj o tym, co już i tak jest wiadome, to jest o ich codziennych i zawsze tych samych cierpieniach – głodzie, chorobach, śmierci, niedostatku, prześladowaniach. To wciąż trwa i pewnie będzie potrzeba jeszcze wielu lat po wprowadzeniu w życie paktu pokojowego na zmianę rzeczywistości. Ale żyjemy ogromną nadzieją na lepsze jutro.

Konrad Czernichowski: Czy według Siostry konflikt w Sudanie ma charakter religijny czy etniczny?

Kiedy rozpoczynała się wojna domowa w Sudanie w 1983 roku, nikt nie miał wątpliwości, że była ona na tle religijnym. Chodziło o narzucenie prawa islamskiego całemu krajowi. Ta sama wiara, język, kultura, sposób życia, kary itd. Dziś sytuacja jest bardziej złożona, bo nie chodzi tylko o prawo i o religie, które się pokrywają z polityką. Jak można wytłumaczyć tę straszną rzeź dokonywaną w Darfurze, gdzie tym razem są mordowani muzułmanie (ale czarni) przez tych samych ludzi, co mordowali czarnych chrześcijan na południu?

Poza tym chodzi o bogactwa naturalne Sudanu, o ich sprawiedliwy podział i użycie. W południowej części Sudanu są ogromne złoża ropy naftowej, zawładnięte przez rząd. Ich wydobywanie było źródłem środków finansowych potrzebnych na zakup broni dla żołnierzy wysyłanych na południe, na wojnę, by zabijali ludzi, na których terenie jest ropa. To jest bardzo złożony problem, ale najgorszy jest brak wzajemnego zaufania i pogarda, z jaką się spotykają Afrykańczycy z powodu ich religii i koloru skóry.

J.N.: Jak wygląda praca Sióstr na misjach?

Jest to bardzo ogólne pytanie. W różnych krajach potrzeby są bardzo różne i nie wszędzie praca sióstr jest taka sama. Myślę, że każda siostra misjonarka marzy o tym, by głosić Chrystusa, by przygotowywać do sakramentów, by ci, do których idzie, mogli żyć według Ewangelii i zbawić się, a ona z nimi i poprzez posługę im świadczoną. My też w Sudanie katechizujemy, przygotowujemy do sakramentów świętych, prowadzimy małe wspólnoty chrześcijańskie, grupy biblijne, młodzieżowe, dziecięce, prowadzimy modlitwy liturgiczne, głosimy kazania, rozdajemy Komunię Św. To nam sprawia wiele radości. Ale oprócz tego jest wiele innych zajęć związanych ze szczególną sytuacją Sudanu.

Dużo ludzi i dzieci umiera z głodu. Codziennie przygotowujemy dla nich jeden posiłek. Mamy także małą przychodnię lekarską przy każdej wspólnocie, gdzie lekarz przyjmuje za darmo i chorzy otrzymują lekarstwa za symboliczną opłatą. Ci, których na to nie stać, otrzymują gratisowo. Często są w takiej sytuacji, że musimy zostawić wszystko i czy to w dzień, czy w nocy, szybko odwieźć ich do specjalisty albo do szpitala. W jednej ze wspólnot opiekujemy się także trędowatymi.

Wiele osób przychodzi do naszego domu po indywidualną pomoc, niektórzy bardzo regularnie, inni od czasu do czasu, np. gdy komuś spalono dom i potrzebuje worków na zrobienie sobie nowego szałasu (namiotu), by uchronić dzieci i siebie przed porażeniem słonecznym. W Chartumie przez dziewięć miesięcy jest około czterdziestu stopni Celsjusza w cieniu.

Najważniejszą naszą pracą – jako sióstr salezjanek – jest edukacja dzieci, młodzieży i dorosłych. Większość dorosłych w obozach dla uchodźców nie umie czytać i pisać. Nie zna języka oficjalnego, którym jest arabski, narzucony przez państwo. We wszystkich naszych wspólnotach w Sudanie mamy przedszkola, szkoły (w jednej także średnią) i robimy wszystko, by jak najwięcej naszej młodzieży z obozów mogło pójść na studia. Poprzez edukację chcemy przygotować tych ludzi, by oni sami byli zdolni wziąć odpowiedzialność za los własny i państwa. Jest to długi proces i jego prawdziwe owoce będzie można oglądać tylko w przyszłości, ale już teraz jesteśmy w stanie dostrzegać ich znaki, gdy nasza młodzież z odwagą potrafi bronić swojej godności i praw. Dla tych, którzy nie są w stanie pójść do szkoły, prowadzimy różnego rodzaju kursy przygotowujące ich do lepszego życia, podjęcia jakiejś pracy fizycznej lub do samozatrudnienia.

J.N.: Czy poleciłaby Siostra wyjazd na misje młodym ludziom, którzy się nad tym zastanawiają?

Wierzę, że wyjazd na misje jest związany z powołaniem misyjnym. Każdy może być obdarowany takim powołaniem, nie tylko młodzi. Od powołanego zależy, czy odpowie na to powołanie pozytywnie czy go odrzuci. Młodość to jest piękny czas wspaniałych ideałów, pragnień, wielkich możliwości, ryzyka i często heroicznego daru z siebie. Czekamy na nowych misjonarzy na polu misyjnym także w Sudanie. Ale powołanie misyjne, jeśli jest rozumiane jako powołanie, jest wezwaniem do naśladowania Chrystusa i to ukrzyżowanego. Jest tam też i Góra Tabor, na której Pan ukazuje swoje przemienione Oblicze. Niemniej nie wolno nam zapomnieć, że powołanie misyjne to nie jest tylko praca charytatywna – wyjazd z jakąś organizacją na kontrakt za dobre wynagrodzenie, by komuś pomóc w biedzie materialnej. Nie jest to też wycieczka krajoznawcza. Wyjeżdżając na misje oddajemy się na służbę Boga. Na ziemi otrzymujemy tylko codzienny chleb, a skarby w niebie. Powiem krótko: Młodzi, słuchajcie głosu waszego serca!!!

Jest możliwy wyjazd na misje na jakiś określony czas jako wolontariusz, wolontariuszka, np. na kilka lat. W naszych czasach wyjeżdżają też całe rodziny na misje albo pojedyncze osoby tylko na kilka miesięcy, by pomóc misjonarzom w konkretnej pracy, nawet w Sudanie. Mam tutaj na myśli Graziano – Włocha, który po otrzymaniu emerytury, jako wyraz wdzięczności Bogu postanowił pomóc komuś najbiedniejszemu, i tak przyjechał do Sudanu na własny koszt. Przywiózł ze sobą wszystko, co potrzebował do pracy, kupił wielki pojemnik na wodę dla dzieci w naszej szkole. Zmobilizował do pomocy wielu przyjaciół we Włoszech. Był u nas już dwa razy. Wyjeżdżając mówił, że wróci i już sam planował, co zrobi. Nie zna języka, ale jakoś sobie radzi rękami, czasami musimy coś tłumaczyć. Ci, którzy nie mogą wyjechać na misje, jeśli chcą, znajdą wiele wspaniałych sposobów, by wspomagać misjonarzy i misje, nie wyjeżdżając z kraju, a jednocząc swoje siły w jakiejś grupie misyjnej, należąc na przykład do grupy Maitri itp.

J.N.: Na czym polega pomoc zwłaszcza dzieciom?

Jak już opowiadałam w kościele, dzieci są najbardziej bezbronne i najbardziej narażone na różnego rodzaju choroby a także na śmierć głodową. Nie zawsze udaje nam się temu zapobiec, bo zdarza się, że przychodzą do nas po pomoc zbyt późno. Niemniej robimy to, co jest w naszej mocy. Dożywiamy, podajemy witaminy, żelazo. Często można widzieć, jak te dzieci jedzą glinę przywiezioną znad Nilu, tak jak nasze polskie dzieci – czekoladę. Jest to znakiem zagłodzenia, braku witamin i żelaza w organizmie. A więc najpierw trzeba uratować życie, a potem pomyśleć o ich przyszłości.

W tworzeniu tej przyszłości dla dzieci w Sudanie wielka pomocą jest dla nas Adopcja Serca. Jest to akcja prowadzona przez grupę ludzi, zwaną “Maitri”. Polega to na tym, że oni sami, a także ci, którzy chcą i mogą, adoptują jedno dziecko na odległość, to znaczy stają się matką lub ojcem, a może wspólnie – rodzicami duchowymi dla jakiegoś konkretnego dziecka w Sudanie. Otrzymują imię i nazwisko tego dziecka, jego zdjęcie, trochę wiadomości o dziecku, jego rodzinie i sytuacji. Zobowiązują się do modlitwy za to dziecko, a także do regularnej pomocy finansowej, by mogło ukończyć szkołę i mieć lepsze jutro.

Pragnę wyrazić moja szczególną wdzięczność dla tych, którzy już zaadoptowali dzieci z Sudanu. Jestem dla nich pełna uznania i podziwu, bo jest to akt miłości całkowicie bezinteresowny. Ci, którzy adoptują dzieci z Sudanu, nie mają możliwości na osobisty kontakt ani z dziećmi, ani też z ich rodzinami. Największym problemem jest bariera językowa, bo oficjalnym językiem jest arabski, a angielskiego też nie znają. Nas, sióstr, jest tak mało, że nie możemy sobie pozwolić na zajęcie się indywidualną korespondencją, nawet gdybyśmy bardzo tego chciały. Nie możemy zaniedbać cierpiących na naszych oczach. Wiem, że jest to wielką ofiarą i wymaga wiary, dlatego niech Bóg Wam to wynagrodzi szczególnym błogosławieństwem i łaskami. Cieszymy się każdą nową adopcją, każdym nowym dzieckiem, które dzięki tej adopcji ma zapewnioną edukację, mundurek szkolny, jakiś posiłek.

Naszą szczerą wdzięczną modlitwą otaczamy Ojca Pawła Borka, który jest Opiekunem Duchowym grupy Maitri, naszych wiernych Przyjaciół, należących do Maitri, i wszystkich, którzy poprzez kontakt z tą grupą wspomagają nas regularnie, a także okazyjnie. Dziękujemy Przewielebnym Księżom Proboszczom - Ks. Sylwestrowi Pacierpnikowi SDB z parafii Chrystusa Króla i Ks. Czesławowi Janowi Mazurowi z parafii Świętego Ducha we Wrocławiu za braterskie przyjęcie i możliwość przybliżenia sytuacji chrześcijan w Sudanie. Niech Bóg wynagrodzi wszystkim Parafianom za zrozumienie, modlitwę i ofiary złożone na misje w Sudanie. Przesyłamy najlepsze życzenia Wielkanocne. Niech Zmartwychwstały darzy wszystkich czytających te słowa swym błogosławieństwem i pokojem. Razem z moimi Siostrami w Sudanie i tymi, do których dotrze Wasza pomoc i życzliwość będziemy odwdzięczać się naszą modlitwą.