|
Ruch Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata "Maitri" - wspólnota wrocławska
|
S. Gwidona Lucyna Wrona, Zgromadzenie Sióstr Kanoniczek Ducha Św.
MAITRI: Proszę opowiedzieć, czym się Siostra zajmuje w Burundi.
S. Gwidona: Głównym moim obowiązkiem jest opieka nad chorymi. W Gatarze nasze zgromadzenie od wielu lat prowadzi ośrodek zdrowia, porodówkę, szpital, centrum matki i dziecka oraz ośrodek dożywiania. Bywa tak, że nasz misyjny ośrodek posługuje ok. 400 osobom w ciągu jednego dnia.
Ja jestem odpowiedzialna za porodówkę i oddział patologii ciąży. W Burundi rodzi się dużo dzieci – u nas jest ok. 1000 porodów w ciągu roku. Nie brakuje także pacjentek z problemami związanymi z ciążą. Kobiety w tym kraju bardzo ciężko pracują, uprawiając motyką swoje poletka, jest to więc niejednokrotnie przyczyną poronienia czy innych komplikacji. Ciężarne matki często przybywają z dużej odległości, są to zazwyczaj kobiety, które urodziły jedno czy dwoje wcześniaków i ich dzieci zmarły. Kiedy więc sytuacja się powtarza i problem rozpoczyna na nowo, za wszelką cenę chcą dotrzeć do nas, gdyż wiedzą, że mamy inkubator. Nasz inkubator to „urządzenie” przypominające akwarium, w którym dziecko ogrzewamy termoforami. Nie zawsze jednak zapewnia on przeżycie dziecka, dlatego marzymy o prawdziwym inkubatorze1.
MAITRI: Jakie choroby są najpoważniejsze w tym kraju?
S. Gwidona: Najczęstszą chorobą w Burundi jest malaria. Jak podają statystyki WHO, jest ona największym zabójcą na świecie – rocznie umiera na nią 120 mln ludzi. W tym kraju przyczynia się ona do śmierci wielu w bardzo dużym stopniu, także młodych czy dzieci.
MAITRI: Co stoi na przeszkodzie w zapobieganiu tej chorobie?
S. Gwidona: Myślę, że można wymienić wiele czynników, zawsze jednak podstawą jest ubóstwo i nędza. Gdyby mieszkańców tego kraju było stać na zakup moskitier, to w znacznym stopniu mogliby się ustrzec tej choroby. Jest ona przenoszona przez komary, które atakują szczególnie nocą.
MAITRI: Ile kosztuje taka moskitiera?
S. Gwidona: Dzięki programom, w których uczestniczył nasz ośrodek, mogłyśmy pomóc b. wielu osobom, a mianowicie kobietom w ciąży i dzieciom do 5 lat, rozdając je za darmo. Obecnie jesteśmy w stanie rozprowadzać moskitiery za symboliczną sumę 0,5 USD (oczywiście korzystając z pomocy sponsora, gdyż prawdziwa cena wynosi kilka dolarów).
MAITRI: Siostra już od 17 lat pracuje w Burundi. Czy są jakieś osoby lub wydarzenia, które Siostrze szczególnie utrwaliły się w pamięci?
S. Gwidona: Burundi to kraj, który w swojej historii przeżywał wiele razy sytuacje walk etnicznych. Ostatnia wojna wybuchła w 1993 r. i trwała ok. 13 lat. Ten czas był dla mnie okresem, w którym byłam świadkiem dramatycznych wydarzeń czy nawet ich uczestnikiem, przeżywając ataki, patrząc na tragedie ludzi, którzy otrzymywali rozkaz opuszczenia swoich domów ze względu na prowadzone akcje w tych terenach. Jednym z najbardziej bolesnych obrazów był widok przyniesionych do nas dzieci, które zostały poranione, ich głowy były pocięte. Opatrywałyśmy te małe dzieci już późnym wieczorem przy świeczce, szyjąc rany.
Innym razem dotarła do nas wiadomość, że w pobliżu szykuje się atak. Nie opuściłyśmy domu, gdyż ludzie prosili, byśmy z nimi zostały. Nasz dom zamienił się w schron, wszyscy skupili się na korytarzach, żeby uniknąć strzałów. Akcja trwała około godziny; kiedy ucichło, zapanowała radość z tego, żeśmy przeżyli, i wtedy czułam się blisko tych ludzi, ciesząc się, że mogłam dzielić ich los. Ktoś wówczas powiedział: „Teraz wiemy, że Bóg nas nie opuszcza, bo dał nam Was”. Radość była jeszcze większa, gdy nazajutrz odwiedzili nas ci, którzy mieszkali w pobliskim miasteczku, a którzy myśleli, że my nie żyjemy. Jakież było ich zdziwienie, gdy zobaczyli nas zupełnie zdrowe!
MAITRI: Czy Siostra mogłaby coś powiedzieć na temat życia duchowego Burundyjczyków?
S. Gwidona: Zanim przybyłam do Burundi, 2 lata przebywałam we Francji. W tym kraju bardzo boleśnie odczułam brak ludzi młodych w kościele. Gdy przyleciałam do Burundi, na pierwszej niedzielnej Mszy św. zobaczyłam kościół wypełniony po brzegi, byli to w większości ludzie młodzi. Cóż z tego, że biedni i bez butów? Byli za to pełni entuzjazmu i radości. 75% Burundyjczyków to katolicy. W tym Kościele jest wiele ruchów. Ci ludzie chcą przeżywać swoje chrześcijaństwo w grupie. Obecność we wspólnocie zmienia ich i pogłębia wiarę. Tutaj nie ma wielu kapłanów. W czasie wielkiego postu czy adwentu kapłani spowiadają tłumy przez kilka godzin. Wyjeżdżają oni do stacji misyjnych, gdzie gromadzą się wierni.
MAITRI: Jak wygląda sytuacja, jeśli chodzi o powołania tubylcze?
S. Gwidona: Powołania są, choć nie można powiedzieć, aby było ich dużo. Kościół niedawno obchodził stulecie swojego istnienia. Misjonarzy jest coraz mniej.
MAITRI: Czy są ruchy o charyzmacie podobnym jak MAITRI, tj. niosące pomoc najuboższym?
S. Gwidona: Mamy grupę, która modli się za chorych, ale również opiekuje się chorymi na aids w ich domach oraz tymi, którzy są opuszczeni. Uczestnicy każdego ruchu, zwłaszcza w czasie świąt, spotykają się, bawią, a także składają ofiary. Na Mszę św. przynoszą w darach fasolę, banany, żeby potem to rozdać ubogim.
MAITRI: Co Siostra może powiedzieć na temat szkolnictwa w Burundi?
S. Gwidona: Większość dzieci chodzi do szkoły podstawowej, która obejmuje nauczanie sześcioletnie. Liczba dzieci w tym kraju jest duża i bywa i tak, że do jednej klasy chodzi ok. 100 dzieci. Bywają również sytuacje nieco zabawne. Kiedyś, gdy przechodziłam przez szkolne podwórko, podszedł do mnie znajomy chłopiec, który wcześniej wiele razy sprzedawał mi ananasy na straganie koło naszego ośrodka. Zaraz też pochwalił się, że chodzi do VI klasy szkoły podstawowej. „To ile masz lat?” – zapytałam. „Osiemnaście” – odpowiedział zadowolony (gdy inni mają 13-15 lat). Po V klasie przerwał on na kilka lat pobieranie nauki, ale teraz stwierdził, że warto się uczyć, więc zasiadł na nowo w szkolnej ławie, a na przerwie nadal sprzedaje owoce w naszym szpitalu, żeby sobie dorobić. Zobaczymy, jakie odniesie sukcesy na egzaminie państwowym, który jest tutaj pod koniec VI klasy. Jeśli ktoś osiągnie odpowiednią liczbę punktów, może się uczyć w gimnazjum, a potem kontynuować naukę w szkole średniej, podobnie jak to jest w Polsce. Niektórzy kończą studia wyższe na uniwersytecie. Ze względu na b. dużą liczbę dzieci, poziom nauczania jest niski.
MAITRI: Ciekawi jesteśmy, czy dzieci chętnie chodzą do szkoły i się uczą...
S. Gwidona: Myślę, że dzieci chętnie by chodziły do szkoły, ale nie zawsze jest taka możliwość. Brakuje im ubrań i przyborów szkolnych. Kiedy nauczycielki widzą, że dziecko jest brudne, to odsyłają je do domu i czekają na rodziców, żeby dać im uwagi. Część rodziców nie jest przekonana, że dzieci powinny chodzić do szkoły. Jestem pewna, że wiele osób zostawia je w domu, aby pomagały nosić cegły czy robić inne prace domowe.
MAITRI: Czy po ukończeniu szkoły można zdobyć pracę?
S. Gwidona: Najłatwiej jest dostać pracę w szkolnictwie. Ci, którzy nie mogą zdobyć pracy w swoim zawodzie, zostają nauczycielami.
MAITRI: Proszę opowiedzieć o przyrodzie.
S. Gwidona: Jest to malowniczy Kraj Tysiąca Wzgórz, które osiągają nawet do 2000 m n.p.m. W większości są to wzgórza, gdzie nawet na dużych wysokościach uprawia się fasolę, słodkie ziemniaki. Występują obszary puszczy pierwotnej, jednak zmniejszają się one coraz bardziej. Wśród drzew najczęściej spotykane są eukaliptusy, cedry. Sadzi się mango, papaje, mandarynki. Uprawia się maniok, a na terenach położonych niżej – kukurydzę. Dla gospodarki kraju niezwykle ważne są plantacje herbaty i kawy. Kawa wyrasta jako krzew o wysokości 1,5-2 m, kwitnie biało, a potem na łodyżkach pojawiają się jagódki. Gdy te jagódki czerwienieją, zrywa się je i zanosi do punktu skupu. Tutaj maszyny zgniatają dojrzałe jagódki i od miąższu oddzielają się ziarenka kawy, które są płukane i suszone na słońcu na specjalnych sitach. My same również mamy drzewka kawy. Suszymy zielone ziarenka, a potem opalamy je w piekarniku, uzyskując taką kawę, jaką można kupić w sklepie. Dla tubylczej ludności sprzedaż kawy może pozwolić na zakup np. stołu czy krzeseł, posłanie dziecka do szkoły – na coś więcej niż tylko przetrwanie. Ceny skupu są jednakże niskie.
MAITRI: Można się spotkać z twierdzeniem, że Afryka jest biedna z powodu lenistwa ludzi. Czy Siostra może to potwierdzić?
S. Gwidona: Muszę przyznać, że czasami sposób podejścia do pewnych rzeczy choćby naszych pracowników mnie irytuje. Bywa, że patrząc na okna pobliskiej szkoły, mam wrażenie, że one od zainstalowania nie były myte. drugiej strony trzeba sobie uświadomić, że ci ludzie wyrośli w innej sytuacji. Być może w domach nie było okien, więc nie są przyzwyczajeni do ich mycia. W tym roku budowaliśmy porodówkę; był to czas, kiedy zbiory były b. małe i ludzie głodowali. Kiedy patrzyłam na pracowników zatrudnionych przy budowie, przychodziło mi na myśl pytanie, czy ten człowiek coś dzisiaj jadł. I jeszcze jeden ważny element: ci ludzie żyją w innym klimacie. Kiedy wyjeżdżamy do stolicy po leki, to mam wrażenie, że tracę połowę sił. Ciężko jest tam myśleć, chodzić ulicą, gdyż panuje upał. Bużumbura (stolica) jest położona na niższej wysokości, nad Tanganiką, dlatego panuje tam zupełnie inny klimat niż u nas w górach (1800 m n.p.m.). Oczywiście nas, Europejczyków, męczy niejednokrotnie brak punktualności, niedbalstwo czy brak poczucia czasu. Kiedy myślę o sesjach organizowanych w celu szkolenia, np. sesji na temat aids, to przeraża mnie, że one trwają 5 dni, albo kazanie w niedzielę – 30 minut. To męczy białych, a tubylcy są zadowoleni. Wszystko dzieje się w innym tempie.
MAITRI: Proszę opowiedzieć o bogactwie kulturowym w Burundi.
S. Gwidona: Ciekawy jest np. zwyczaj zaślubin. Zanim chłopak się ożeni, musi wybudować dom i go wyposażyć. Rodzina panny młodej musi otrzymać od niego prezent. Po podarunkach można szykować ślub cywilny lub kościelny i przyprowadzić żonę do domu. Ona się żegna ze swoją rodziną, która nawet nie idzie na ślub. Wesele jest organizowane bez rodziny panny młodej. Ona może ją odwiedzić dopiero po urodzeniu dziecka. Zawsze jest lepiej, jak urodzi syna, gdyż będzie on wtedy przedłużeniem rodu.
MAITRI: Bardzo dziękujemy za ciekawą rozmowę.
Z taśmy spisała Joanna Nowak
Tekst autoryzowany