|
Ruch Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata "Maitri" - wspólnota wrocławska
|
Chartum, 23.09.2007 r.
Drodzy Przyjaciele z Maitri i Wszyscy Przyjaciele Sudanu!Serdecznie pozdrawiam z tej drogiej mi sudańskiej ziemi. Często o Was myślę i pamiętam w modlitwie.
Proszę mi wybaczyć, że tak dawno nie pisałam. Tak się złożyło, że ostatnio zostałyśmy tylko we dwie we wspólnocie, a tu dwie duże szkoły i inne obowiązki. Ktoś to musi zrobić, bo ludzie nie wiedzą, że nie ma wszystkich sióstr. Nareszcie wszystkie wróciły i chyba będzie lepiej.
W sierpniu sama wyjechałam na rekolekcje do Etiopii. Było pięknie. To całkiem inny kraj niż Sudan. W tej chwili tam pada i wszędzie zielono. Przyszła mi tęsknota za Polską. Oczywiście widać skutki wieloletniej wojny, ogromną biedę, skromne domki, zrobione z gliny i przygotowane na porę deszczową tak jak w Sudanie, tylko odmiennym sposobem. Inne domy są zrobione ze słomy. Jak jest zimno, to zwierzęta i ludzie przebywają w jednym domu. Etiopczycy są życzliwi. Dzieci, widząc nas, biegły, by nas przywitać, nawet jeśli nie mogłyśmy zamienić z nimi słowa, bo nie znają angielskiego ani arabskiego, a my nie znamy ich języka. Wystarczył uścisk dłoni, uśmiech.
U nas w tym roku panuje straszna bieda, spowodowana wyjątkowo długotrwałymi i silnymi deszczami. Woda po deszczu stoi jak na cementowym podwórku. Nic nie wsiąka. Z czasem zmienia kolor i zapach, nie wspominając o jej zawartości, bo WC jest tutaj na otwartym placu. Pierwsza straszna ulewa zniszczyła bardzo dużo domów naszych biednych ludzi. Domy te zrobione są z piachu, który nasiąkł wodą, zwłaszcza u podstawy, bo nie mają cementowych fundamentów i jeden dom po drugim rozsypywały się jak domki zrobione w piaskownicy. Straszny widok. Dzięki Bogu było to rano, więc obudzeni ludzie zdążyli usunąć z domów dzieci i wyposażenie. W przeciwnym razie pod ciężarem nasiąkniętych dachów z gliny zginęłoby wiele rodzin. Przez dwa tygodnie nie było lekcji. Plac szkolny wyglądał jak morze i w każdej klasie było pełno wody. Wiele dzieci z naszych szkół utraciło swoje domy. Dużo rzeczy w ich domach zostało zniszczonych. Błoto i brud były też powodem wielu chorób wśród dzieci, ale też i dorosłych. Więcej ludzi błagało o pomoc i wsparcie.
W tym roku także nasz dom został zalany wodą. Rano, gdy ludzie się obudzili, zaczęli wylewać wodę z podwórek na drogę. Woda ta spłynęła na plac kościelny, na nasze podwórko i do wszystkich naszych pokojów i do kaplicy. Nie dałyśmy rady, by cokolwiek zrobić. Biegałyśmy z jednego pokoju do drugiego, by wyciągnąć z szaf to, co było na dolnych półkach, oraz ustawić lodówkę i zamrażarkę na cegłach, po prostu po to, by uratować to, co można było uratować. Musiałyśmy szybko odciąć światło, bo wszystkie połączenia elektryczne były w wodzie. To samo było we wszystkich klasach w szkole. Wyczyszczenie z brudu i błota pokoju po pokoju, szafy po szafie zajęło nam cały miesiąc albo i dłużej. Jeszcze do tej pory nie wszystko wróciło na swoje miejsce, bo wciąż nie jesteśmy pewne, czy tegoroczne deszcze już się skończyły. Minionej nocy jeszcze nas zaskoczył silny deszcz. Połowa dzieci – jak zawsze w takich sytuacjach – nie przyszła do szkoły.
We wtorek zaczynają się egzaminy semestralne w naszych szkołach. Może dzieci nie zdają sobie z tego sprawy, ale mnie ogarnia przerażenie. Jak sobie poradzą, gdy tyle lekcji zostało straconych z powodu tych deszczy? Widzę, że nauczyciele podchodzą do obowiązków raczej poważnie, ale też z radością czekają na nadchodzące dwa tygodnie wolne od szkoły w czasie ramadanu – muzułmańskich świąt. Oczywiście nie wszystkie szkoły doznały tych zniszczeń i nie wszystkie musiały przerwać naukę, bo znajdują się w lepszych miejscach i sytuacji. Proszę o modlitwę, by Bóg dopełnił to, czego my nie jesteśmy w stanie zrobić.
Drodzy Przyjaciele, proszę przesłać słowa szczerej wdzięczności w moim imieniu tym wszystkim, którzy poprzez Adopcję Serca wspomagają tutejsze dzieci. Chcę także przekazać szczególne podziękowania tym wszystkim, którzy spontanicznie składają rożne ofiary pieniężne na potrzeby Sudanu. Otwierają nam one drzwi do pomocy wszystkim innym potrzebującym: ofiarom deszczu, chorób i rożnych nieszczęść, tym, którzy utracili dach nad głową, którzy nie mają chleba. Niech Bóg, który widzi nasze serca, wynagrodzi każdemu bez miary.
Wdzięczna s. Elżbieta Czarnecka z Sudanu
Chartum, 20.08.2007 r.
Drodzy Przyjaciele!Serdecznie pozdrawiam i zapewniam o pamięci i modlitwie w Waszych intencjach. Korzystam z okazji, że siostra Teresa jedzie do Polski i przesyłam następną grupę dzieci, które potrzebują pomocy. U nas w tym roku dużo padało. Deszcz zniszczył wiele domów. Nawet w szkole we wszystkich klasach było pełno wody. Straciliśmy dwa tygodnie nauki. Mam nadzieję, że u Was wszystko dobrze. Będę pamiętać o Was w czasie moich rekolekcji.
S. Elżbieta Czarnecka
Chartum, 19.06.2007 r.
Drodzy,Dziękuję za e-maila i wiadomości. U nas wakacje się kończą, a ja nie wiem, kiedy zdążyły minąć. Otrzymałam od Was 17 400 euro. Podzieliłam je dla wspólnot, z których są zaadoptowane dzieci. Siostry odpowiedzialne w tych wspólnotach, a zwłaszcza Polki, serdecznie dziękują. Już nie wspomnę o dzieciach i ich rodzinach.
Obecnie odbywają się zapisy do szkoły, więc są u nas kolejki po pomoc. Mam już dla Was listę około 12 nowych dzieci do adopcji, którym już zapłaciłyśmy za naukę w szkole. Będę musiała tylko usiąść i przygotować ich karty do adopcji.
Ostatnio bardzo dużo ludzi u nas niespodziewanie umiera. Nie wiem, czy to skutek strasznych przeżyć w przeszłości, czy czegoś innego.
Pozdrawiam wszystkich w Maitri i gorąco dziękuję za wszystko, co robicie, by nam pomóc. Z modlitwą i wdzięcznością,
s. Elżbieta
Chartum, 14.02.2007 r.
Drodzy Przyjaciele!Dziękuję za list. Serdecznie pozdrawiam z Sudanu. Pieniądze, które przesłaliście (29 000 zł), otrzymałam. Korzystam z okazji, że do Polski jedzie na wakacje ks. Rafał – kombonianin. Przesyłam dziesięcioro dzieci do adopcji. Następne prześlę później, przy innej okazji. Dzieci do adopcji jest więcej, tylko ja nie daję rady z obowiązkami. Obecnie zbliżamy się do końca roku szkolnego, a to też gonitwa: przygotowanie egzaminów, same egzaminy itd. Mam ponad 1000 uczniów i robię każdemu dziecku osobisty egzamin. Szaleństwo! Jednak chcę w ten sposób zdopingować naszych nauczycieli do bardziej odpowiedzialnej pracy.
Prawdę mówiąc, to mam kłopot. W tym roku, zaraz po wakacjach, wiele dzieci wyjedzie na południe Sudanu. Czekają, kiedy tylko się skończy szkoła. Na razie o tym nie mówią, a potem znikną. Ale niech będzie, co ma być. Jak wyjadą, to Wam o tym napiszę.
Dziękuję Wam serdecznie za ciągłą i niczym nie zniechęcającą się pamięć, miłość do Sudanu i Waszą przyjaźń do mnie. Niech Pan to wszystko wynagrodzi. Przesyłam też 36 krokodyli-breloczków. Nie udało mi się więcej zdobyć, bo zbyt późno się dowiedziałam o wyjeździe ks. Rafała do Polski. Obiecał on też, że jak będzie wracał, to przywiezie to, co potrzebujemy.
U nas ostatnio bardzo zimno jak na Sudan. Dzieci, nauczyciele i wszyscy inni chorują. W czasie wakacji napiszę dłuższy list z wiadomościami, także do Adoptujących i prześlę e-mailem.
Pozdrowienia dla Wszystkich. Pamiętam o Was. Jesteście w moim sercu i modlitwach. Dużo uścisków – dzisiaj Walentego! Z Bogiem,
s. Elżbieta
Chartum, 25.11.2006 r.
Serdecznie pozdrawiam, tym razem z zimnego Sudanu. Temperatury spadły u nas do 20 stopni, a to oznacza, że jest bardzo zimno. Wielu ludzi cierpi. Jak jest gorąco, to wszyscy cierpią, ale jak jest zimno, to cierpią biedni, bo nie mają się czym przykryć w nocy ani w co się ubrać w dzień. Dzieci zaczęły przychodzić do szkoły bardzo późno, bo i słońce jest leniwe: nie chce wstawać i budzić ludzi, a nie wszyscy mają zegarki. Na szczęście nauczycie w tym roku nie biją dzieci za spóźnienie, tylko rozmawiają z nimi. Wiedzą, że nigdy bym na to nie pozwoliła, bo serce by mi pękło. Wszyscy w tym kraju są bardzo zranieni. Mimo to w końcu ktoś musi zrozumieć, że zadawanie bólu nie rozwiąże problemu.Oprócz pozdrowień zwracam się z prośbą o modlitwę. W ostatnich dniach żyjemy jak na śpiącym wulkanie. Sytuacja nie jest ciekawa: rozłam w rządzie i wojsku. Około tygodnia temu zastrzelono kogoś, kto się opowiadał za interwencją międzynarodową w Darfurze. Następnie zabito 5 żołnierzy, po nich następnych. Są aresztowania. Dzisiaj w naszej miejscowości – Hilla Mayo, szkoły państwowe wysłały dzieci do domu bardzo wcześnie. Zrodziła się atmosfera paniki. Wszędzie jest pełno wojska – zwłaszcza na dachach domów, skąd obserwują, co się dzieje.
Planowałyśmy we wspólnocie pojechać na nocną adorację do katedry – około 20 km od nas – aby się przygotować do jutrzejszej uroczystości Chrystusa Króla Wszechświata, ale w tej sytuacji zdecydowałyśmy zostać w domu. Będziemy adorować Jezusa w naszej kaplicy. Jeszcze raz proszę o modlitwę, by pozwolono Chrystusowi królować w Sudanie.
Z serca dziękuję,
s. Elżbieta
Chartum, 3.11.2006 r.
Serdecznie pozdrawiam wszystkich we Wspólnocie Maitri!Dziękuję za ostatnie dwa e-maile. Otrzymałam je, ale nie byłam w stanie na nie odpowiedzieć wcześniej. Byłam chora – dziwne przeziębienie trwało prawie przez dwa miesiące i właściwie jeszcze nie czuję się dobrze. Dziękuję za sprzedane krokodyle-breloczki. Nie będzie problemu z nabyciem nowych, ale będę musiała czekać na odpowiednią okazję, by je przesłać do Polski.
Jeśli chodzi o adopcję nowych dzieci, to jest to praca dla mnie i mam nadzieje, że powoli uda mi się przesłać nową porcję dzieci. Mam tylko taką serdeczną prośbę do Członków Maitri. Otóż w obecnej sytuacji w Sudanie rodziny, które przybyły na północ kraju z południa, myślą poważnie o powrocie na południe. Oznacza to, że Rodziny dzieci adoptowanych mogą nagle wyjechać, jak to się dzieje z wieloma rodzinami. Ci, którzy adoptują dzieci, muszą o tym wiedzieć, by nie było potem rozczarowania i cierpienia. My, siostry pracujące tutaj, też chciałybyśmy widzieć owoce naszej pracy, a tu nagle ktoś niespodziewanie wyjeżdża – czasami nawet w połowie roku szkolnego. Najważniejsze, by byli szczęśliwi.
Jesteście moimi Drogimi Przyjaciółmi i czuję wielką potrzebę serca, by podzielić się z Wami, a jednocześnie pochwalić, moją szczególną radością. Otóż obchodziłam mój jubileusz 25-lecia ślubów zakonnych. Uroczystość odbywała się 24 października, chociaż właściwy dzień był 5 sierpnia. Planowałyśmy we wspólnocie, że będzie to skromna uroczystość w domu w gronie Sióstr Salezjanek, Księży i Braci Salezjanów oraz niewielkiej liczby najbliższych przyjaciół. Gdy się o tym dowiedział tutejszy Ks. Biskup, pouczył nas, że to nie jest nasza prywatna uroczystość, ale Kościoła, że wszystko ma być w parafii z udziałem duchowieństwa i wiernych. To jest dzień wdzięczności Bogu, dzień świadectwa i modlitwy o nowe powołania.
Mszy św. przewodniczył sam Biskup Daniel. Była to naprawdę piękna uroczystość, której nie czuję się godna, chociaż bardzo szczęśliwa. Byłam świadoma i wciąż jestem świadoma, że to nie było dla mnie, ale dla Tego, który mnie powołał, darzył szczególną miłością i strzegł na dnie Swego Serca. Było dużo Kapłanów, Sióstr ze wszystkich tutaj obecnych zgromadzeń, wielu przyjaciół i bardzo dużo wiernych. Właściwie uroczystość odbywała się na zewnątrz, bo nasz kościół parafialny nie byłby w stanie pomieścić wszystkich obecnych. Liturgia była pięknie przygotowana – oczywiście wszystko po arabsku. Poza tym taka niezwykła atmosfera skupienia, ciszy i modlitwy, że w pewnym momencie podczas Mszy św. dyskretnie popatrzyłam do tyłu, czy są ludzie. Wszystko to zachowuję w sercu jako dar Boży, Jego serdeczny uśmiech i błogosławieństwo na to, co jest przede mną, a znane tylko Jego miłości.
W czasie Mszy św. złożyłam w kielichu razem z moim życiem tych wszystkich, których Bóg dał mi radość spotkać w czasie mojego życia i w czasie tych 25 lat życia konsekrowanego. Niech Pan wynagrodzi i wysłucha pragnień serca poszczególnych osób. W szczególny sposób, poza Rodziną, pamiętałam o współsiostrach z mojego roku, które będą obchodzić ten jubileusz w Polsce.
Pamiętałam także o Was, zwłaszcza tych wszystkich, których spotkałam, będąc w Polsce. Widziałam Wasze twarze i dziękuję Bogu za Waszą obecność w moim życiu, za Waszą wiarę i poświęcenie dla dobra ludzi, z którymi pracuję, za Wasz przykład życia i ciągłe wsparcie duchowe i modlitewne. Niech Wam Pan to wszystko wynagrodzi. Zapewniam o dalszej pamięci w modlitwie.
S. Elżbieta
Chartum, wrzesień 2006 r.
Serdecznie pozdrawiam i przepraszam, że dopiero teraz odpisuję.Wysłałam, via Nairobi, 14 nowych dzieci do adopcji. Dzięki za potwierdzenie otrzymania. Dzieci do adopcji jest o wiele więcej, ale ja jakoś nie mogę sobie poradzić z przygotowaniem dokumentów. Przepraszam, że w kopercie nie było ani słowa ode mnie do Was – grupy Maitri. Myślałam, że nadrobię pocztą e-mailową, a i z tym też nie najlepiej. Oprócz odpowiedzialności za funkcjonowanie szkoły „zabawiam się” też w inżyniera – remontuję szkołę, która od jej początków przez ponad 20 lat nigdy nie była nawet malowana. Jest co robić, ale dzieci czują się lepiej w odnowionych klasach, nauczyciele też, a ja mam nadzieje, że to się kiedyś skończy i że wrócę do normalnych, regularnych obowiązków i będzie łatwiej. Pomaga nam ONZ, a w tej chwili prace chwilowo zatrzymane, bo czekam na pieniądze. Nie dano nam wszystkiego naraz, a ich praca też idzie tak trochę po afrykańsku – powoli.
U mnie w szkole różnie bywa. Nie wiem, z kim mam więcej kłopotów – z dziećmi czy z nauczycielami. Nauczyciele mają wiele wymówek, a często też i żadnych powodów, by nie przyjść do szkoły. Trzeba ich zastępować i tak dalej. A egzaminy półroczne już się zbliżają. W Sudanie nie ma ocen w ciągu roku, o wszystkim decydują dwa egzaminy – jeden na półrocze i drugi na koniec roku. Obie oceny są na świadectwie, a średnia decyduje, czy ktoś zdał do następnej klasy, czy nie.
Mamy też kłopoty w stolicy. Ostatnio rząd podwyższył ceny wyżywienia i wielu innych artykułów, a także transportu. Ludzie buntują się, ale są za to karani. Wczoraj miał być pochód demonstracyjny, wyrażający niezadowolenie narodu, ale było tyle policji i wojska, że pochód się nie odbył. Wojsko i policja biły bez miłosierdzia wszystkich, którzy gromadzili się w jakiekolwiek grupy. Strzelano, używano gazów łzawiących itd. Nie będzie dobrze, bo ludzie coraz bardziej cierpią głód. Ja widzę to doskonale w naszej szkole, gdzie mam dzieci, które mdleją z głodu, które przychodzą głodne do szkoły i często nie mają nic do jedzenia cały dzień.
Dziękuję Wam za dotychczasową pamięć w modlitwie i wciąż o nią proszę. Może Pan Bóg pozbiera, kropla do kropli, ofiary i modlitwy różnych ludzi za Sudan i zmiłuje się nad nami? Sudan potrzebuje odważnych ludzi, którzy będą kochali ten kraj i naród bardziej niż własne kieszenie. Na razie wszyscy, którzy dostają się na „stołek”, myślą tylko o „wypchaniu” własnych kieszeni i nic więcej. Bogaci się bogacą, a biedni umierają z głodu. A jeśli ktoś ma odwagę coś powiedzieć, to fanatycy wchodzą do jego domu w nocy, zabierają w nieznane i rodzina znajduje gdzieś ciało tej osoby z obciętą głową. Straszne, ale prawdziwe. Właśnie dziś rano była taka wiadomość w jednej z tutejszych gazet.
Mamy jednego Polaka salezjanina, ale ten prawdopodobnie będzie pracował na południu Sudanu.
Dziękuję za Waszą pamięć i wsparcie. Pozdrawiam jeszcze raz wszystkich w grupie Maitri. Zapewniam o mojej pamięci w modlitwie, życzliwości i wdzięczności.
S. Elżbieta
Chartum, 20.04.2006 r.
Drodzy Przyjaciele Sudanu,Jesteśmy jeszcze w okresie Wielkanocy. Proszę przyjąć nasze najlepsze życzenia – niech Pan nieustannie błogosławi, strzeże od wszelkiego zła, wynagradza Waszą bezinteresowną miłość do dzieci z Sudanu, darzy pokojem, pomyślnością i pomnaża to, co piękne i dobre. Życzenia te przesyłam dla całej grupy Maitri, dla wszystkich Rodziców adoptujących dzieci i bezinteresownych ofiarodawców. Wybaczcie, że dopiero teraz pisze, ale czas przygotowania do Wielkanocy był czasem niezwykle pracowitym i intensywnym.
Serdecznie pozdrawiam i dziękuję za Waszą pamięć i modlitwy w intencji pokoju w Sudanie, rozwoju tego kraju, a także dzieci, które tutaj przebywają, zwłaszcza tych zaadoptowanych przez Was.
Wiem, że niektórzy z Was, zwłaszcza ci, którzy zaadoptowali starsze dzieci, zastanawiają się, dlaczego ktoś, kto powinien już być w klasie maturalnej albo na uniwersytecie, jest jeszcze w klasie podstawowej. Otóż większość tych dzieci mieszkała na południu Sudanu w buszu, gdzie prawdopodobnie nigdy nie uczęszczałaby do szkoły. Nie było im to potrzebne. Wystarczyło, że wiedzieli, ile mają krów, żon i dzieci. Szokujące, ale taka jest prawda. Wybaczcie, ale czasami mam obawy, czy ktoś wychowany w Europie czy w Polsce jest w stanie zrozumieć ludzi z Afryki i – w moim wypadku – z Sudanu? Czy jesteśmy w stanie uszanować to, co jest wartością nie w naszych oczach, ale w życiu ludzi, którzy różnią się od nas pod bardzo wieloma względami – koloru skóry, języka, kultury, wartościowania itd.? Wracając do naszych dzieci: wierzę, ze byłyby na swój sposób szczęśliwe i nigdy nie marzyłyby o tym, czego nie widziały.
Większość dzieci z Sudanu, zaproponowanych do adopcji za pośrednictwem Maitri, ma straszną historię za sobą. Widziały one z ukrycia, bo przypadkiem przebywały poza domem, ich własnych rodziców zamordowanych, ich matki i siostry zgwałcone, a potem rozstrzelane, ich słomiane domy spalone. Inna grupa tych dzieci przybyła z buszu do miasta konająca z głodu. Ci, których udało nam się uratować od śmierci głodowej, potrzebowali dalszej pomocy. Większość z nich utraciła swoją rodzinę i nie miała gdzie powrócić, ich wioski były spalone. Z pomocą organizacji międzynarodowych, my – Siostry Salezjanki, otworzyłyśmy szkołę dla nich najpierw w barakach, gdzie siedziały na piachu, [a potem – przyp. MAITRI] powoli budowałyśmy klasy. Serca nasze nie pozwoliły nam na to, by odmówić im edukacji tylko dlatego, że miały juz 10-15 lat i nigdy w życiu nie widziały zeszytu, ksiązki itd. Na dodatek niektórzy z nich z natury są bardzo wysocy. Rząd sudański wymaga, by dzieci poszły do szkoły w wieku 6 lat do klasy zerowej. Te dzieci, które są pod naszą opieką, którym ten sam rząd, wysyłając żołnierzy na południe, odebrał wszystko, zostały juz bardzo pokrzywdzone przez życie, zranione przez wojnę i utratę najbliższych. Jak mogłybyśmy odmówić im edukacji i posiłku w naszych szkołach?
Oczywiście, same nic nie mamy, a więc możemy im dać to, co otrzymamy od dobrych ludzi i od Rodziców adoptujących te dzieci. Bardzo proszę, nie pytajcie mnie, jaki los przechodziło dziecko, które zostało przez Was zaadoptowane. Te dzieci nie chcą o tym mówić, nie chcą, by adoptujący je Rodzice o tym wiedzieli, nie chcą, by się nad nimi użalano. Myślę, że nie mamy prawa otwierać ran, które powoli się goją. Proszę nie myśleć, że te dzieci nie są zdolne i dlatego nie przechodzą z klasy do klasy.
Jeśli dla kogoś z adoptujących Rodziców sprawia trudność wspieranie dziecka, które wydaje się zbyt duże, w najbliższym czasie przekażę dla Maitri nowa listę dzieci do adopcji, a wśród nich także mniejsze, urodzone w obozach dla uchodźców niedaleko stolicy. Będzie można zmienić dziecko, a ja ufam, że znajdzie się ktoś, kto pomoże także temu „wyrośniętemu”.
Chcę jeszcze dodać, że w Sudanie nie ma obowiązkowej edukacji i że dzieci muszą płacić za szkołę. To jest kraj, w którym wojna domowa panowała ponad 20 lat. W tej chwili trudno powiedzieć, że wojna jest zakończona, choć oficjalnie podpisano układ pokojowy. Wojna domowa trwa w zachodniej części Sudanu, w Darfurze. To, co ludzie tam przeżywają, nie da się opisać. Osobiście wierzę, że edukacja jest drogą do pokoju i wolności dla Sudańczyków. Dopóki czarni Sudańczycy nie dorównają, a może nawet nie przewyższą inteligencją i rozwojem Arabów mieszkających w Sudanie, dopóki będą na ich łasce, nie można mówić o pokoju. Dlatego cieszymy się każdym dzieckiem uczęszczającym do szkoły i dziękujemy Bogu za każdego Rodzica, który swoją ofiarą wspomaga dziecko z Sudanu.
Obiecujemy dalszą pamięć, zwłaszcza modlitewną i o nią też prosimy.
S. Elżbieta Czarnecka
Chartum, 31.12.2005 r.
Drodzy Przyjaciele Sudanu!Serdecznie pozdrawiam z ziemi sudańskiej i przesyłam najlepsze życzenia w Nowym Roku 2006. Niech Pan Bóg darzy Was pokojem, wielkim zaufaniem Jego Opatrzności, wiarą, że On nas nigdy nie zawiedzie, i wierną miłością, bo właśnie takiej świat oczekuje; byśmy, pośród trudności świata, umieli dobrze wartościować i nie tracili tego, co najważniejsze.
W imieniu własnym, wszystkich sióstr salezjanek pracujących w Sudanie, adoptowanych dzieci, ich rodzin i chrześcijan, z którymi żyjemy, zapewniam o szczerej pamięci w modlitwie.
Do życzeń pragnę dołączyć trochę ostatnich wiadomości. Pozwolę sobie powrócić do niedalekiej przeszłości. Na początku lipca wybrano w Sudanie nowy rząd, to znaczy do osób, które już były w rządzie, dołączono nowego, drugiego wiceprezydenta. Został nim dr Garang, przywódca armii wyzwoleńczej z południa Sudanu. Po niecałym miesiącu w niewyjaśnionych okolicznościach wiceprezydent Garang zginął. Są różne pogłoski, faktem jest, że samolot, którym leciał, rozbił się i wszyscy zginęli. Automatycznie rozpoczęły się walki wewnątrz stolicy i w okolicznych obozach dla uchodźców. Zginęło wiele osób i było dużo zniszczeń. Dzięki apelom Kościoła, a także rządu, pokój powrócił, ale w czasie zamieszek w Chartumie Sudańczycy z południa nabrali jeszcze większej nieufności do ludności arabskiej. Coraz częściej słyszy się o powrocie na południe Sudanu, coraz więcej rodzin już wyjeżdża na południe albo przynajmniej wysyła część swojej rodziny, by zabezpieczyć sobie miejsce, wybudować dom, gdy sami w tym czasie pracują w okolicach Chartumu. W kościołach, w szkołach katolickich są ogłoszenia, że na południu zostanie zatrudnionych trzy tysiące nauczycieli. Tak oto tracimy naszych nauczycieli w szkołach, za które jesteśmy odpowiedzialni. Dotyczy to wszystkich katolickich szkół, nie tylko naszych. Nie jest to łatwe, bo często ci ludzie, niepewni własnej sytuacji, nie mówią wcześniej o swoich planach i zaskakują nas swoją nieobecnością w szkole. Dzieci pozostają bez lekcji albo z jakimś tymczasowym zastępstwem.
Oczywiście rozumiemy ich bardzo dobrze: najważniejsze, żeby byli szczęśliwi. Często tym, którzy mówią nam o swoich planach wyjazdu, pomagamy w ich realizacji jakąś ofiarą pieniężną, żywnością na drogę. Niech idą do siebie, będą szczęśliwi, niech zabiorą Chrystusa ze sobą do tych, którzy o nim nie słyszeli!
Z pewnym niepokojem myślimy o zbliżającym się końcu roku szkolnego, bo w tym roku niewiele było prawdziwej nauki, a bardzo dużo wolnych dni. Najpierw zamieszki w stolicy zmusiły nas do zamknięcia szkół na około dwa tygodnie dla bezpieczeństwa dzieci. Potem był cały miesiąc postu muzułmańskiego, zwanego ramadanem. W tym roku, mimo podpisanego pokoju, który powinien wyrażać się także w szacunku do innych religii, Ministerstwo Oświaty zmusiło nas pod karą pieniężną do zamknięcia szkół. Po poście – tydzień muzułmańskich świąt, a więc znowu nie ma lekcji. Będą Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, więc nie może być zajęć... Na dodatek rok szkolny zakończy się miesiąc wcześniej niż w ubiegłym roku. Już od końca lutego będą wakacje dla szkół podstawowych, a w marcu – dla średnich. Nie wiemy, co się za tym wszystkim kryje.
Na ulicach Chartumu widać bardzo dużo samochodów ONZ. Wspomagają cierpiących w Darfurze, a także chcą przyczynić się do wprowadzenia w życie podpisanego pokoju i tego wszystkiego, co on oznacza. Mamy nadzieję, że swoim wysiłkiem przygotują Sudańczyków do wzięcia odpowiedzialności za los kraju, gdy po za 5 lat przyjdzie czas decyzji o jego przyszłości. W międzyczasie nasze szkoły formują do odpowiedzialności i poczucia przynależności do kraju. Za 5 lat nasi uczniowie będą dorośli i będą decydować o losie Sudanu, jeśli przeżyją, bo bieda trwa. Ludzie są wciąż zagłodzeni, konający i bez pomocy lekarskiej. Wiele dzieci nie poszłoby do szkoły, gdyby nie pomoc sióstr, które – dzięki Adopcji Serca i innym bezinteresownym ofiarom – płacą za naukę, kupują przybory szkolne, żywią.
W modlitwach pamiętamy o wszystkich, którzy nas wspomagają w naszej pracy misyjnej w Sudanie, i pozostajemy zawsze wdzięczni za modlitwy i każdy gest życzliwości.
S. Elżbieta Czarnecka
Chartum, Boże Narodzenie 2005
Drodzy Przyjaciele dzieci w Sudanie!Na zbliżające się Święta Bożego Narodzenia i na Nowy Rok przesyłam najlepsze życzenia nieustannego błogosławieństwa Bożego, pokoju i zdrowia. Zapewniam o wdzięczności i pamięci w modlitwie.
Kiedy myślę o Bożym Narodzeniu, przed moimi oczami staje maleńka Nansi, którą wczoraj późnym wieczorem odwiozłyśmy do szpitala. Nie mogę jej zapomnieć. Jej matka – sama chora, wycieńczona i z zapuchniętym okiem – przyniosła ją do nas późnym popołudniem. Siedmiomiesięczna dziewczynka była w stanie konającym. Odwodniona, wygłodzona, same kostki pokryte skórą. Z trudem oddychała. Dałyśmy jej pić i zabrałyśmy ją do lekarza. Matka była w potarganym, brudnym ubraniu, ale jej córeczka miała na sobie ładną sukieneczkę. Nie było czasu na mycie i przebieranie, zresztą w co? Zanim pojechałyśmy do lekarza, chciałyśmy powiadomić ludzi, u których mieszka, ze ją tam zabieramy. Ktoś ją przyjął z litości.
Zajęło nam to dużo czasu, bo kobieta nie była w stanie powiedzieć nam, jak dotrzeć do jej domu. Piękna rzecz, sąsiadki szybko zainteresowały się, co my z nią chcemy zrobić. Musiałyśmy im wszystko powiedzieć – jak mamy na imię, gdzie mieszkamy i gdzie zabieramy dziecko i matkę. Były przekonane i zadowolone z naszej decyzji. W międzyczasie Dudu przyniosła do naszego samochodu cały swój majątek – papierowe pudełko, które już przed włożeniem do samochodu rozsypało się. W nim kilka ubrań matki i Nansi, jeden mały garnek, trochę cukru, używane mydełko.
Pojechałyśmy do lekarza, który obiecał, że zawsze możemy przyjść z każdym biednym dzieckiem. Pierwszy raz na recepcji trzymano nas długo w kolejce. Recepcjonistka – muzułmanka, mimo że lekarz katolik. Siedziałam i tak sobie myślałam – dziś, przed Świętami Bożego Narodzenia Pan Bóg pozwala mi doświadczyć, co to znaczy być biednym. Wszyscy patrzyli z politowaniem, a ja modliłam się, by Nansi nie umarła.
Otrzymałyśmy skierowanie do szpitala. Droga nam się dłużyła. Co parę minut podawałyśmy dziecku wodę z cukrem i solą do picia. Nansi zaczęła płakać, przedtem nawet płakać nie była w stanie, a więc jest nadzieja, że będzie żyć. Nareszcie dotarłyśmy do szpitala. Przyjmował nas student medycyny – Sudańczyk ze szczepu Nuer. Nie pytałyśmy, z jakiego był szczepu, miał to wypisane na czole. Ludzie z tego szczepu mają na czole blizny pocięte nożem, kilka kresek: jedna koło drugiej. Nie był pewien, co robić, ile dać kroplówki i lekarstwa, naradzali się między sobą. Ja dziękowałam Bogu, że nie udają mądrzejszych niż są, że pytają, i prosiłam Matkę Najświętszą, żeby im pomogła, by ich pamięć nie zawiodła i by zadecydowali dobrze, by dziewczynka nie umarła. Koło godziny 22.30 mogłyśmy zostawić matkę i dziecko w szpitalu pod opieką lekarzy i wróciłyśmy około 20 km do domu.
Dudu zostawiła nam trochę ubrań, nastawiłyśmy pralkę. Nie napisałam jeszcze, że Dudu nie zachowuje się normalne, po prostu nie spełnia obowiązków matki. Jeśli jej nie powiemy: „Daj dziecku pić”, nie będzie o tym pamiętać itd. Nawet o sobie nie pamięta, nie je. Jej historia jest pełna cierpienia, ludzie, u których mieszka, opowiedzieli nam o tym. Dudu nawet o tym nie wspomina. Miała męża, urodziła trójkę dzieci. Mąż wykradł dzieci i nie wiadomo, gdzie jest. To spowodowało, że Dudu straciła zmysły. Potem urodziła jeszcze jedno dziecko, ale nie była w stanie się nim zająć, zmarło podczas jej podróży. Teraz Nansi…
Dziś po południu poszłam do szpitala, by zobaczyć, co się dzieje z dzieckiem i matką. Myślałam, że będzie dobrze, zabrałam trochę rzeczy. Dudu i Nansi były w innym budynku w strasznym stanie. Od rana nikt nie zajął się dzieckiem. Było ono głodne i spragnione. Nie było przy niej matki, dziewczynka płakała. Była brudna. Gdyby nikogo nie było, chętnie popłakałabym na glos. Dałam jej pić, umyłam ją. Pokazał się lekarz, jak mnie zobaczono. Matka też się zjawiła. Wzięłam dziewczynkę na ręce – Jezu, to tak przychodzisz do mnie w te Święta… Zapytałam lekarza: – Naprawdę chcecie, żeby umarła? – Zaczął się ruch, musiałam nawet iść z lekarzem po lekarstwa i być świadkiem, że je dał dziewczynce. Po kilku godzinach zostawiłam je w szpitalu. Znów pojadę i jeśli będzie trzeba, zabierzemy dziecko na własną odpowiedzialność. Dziecko musi być dobrze karmione, a to lepiej zrobią Siostry Matki Teresy.
Może nie wszystkich równie drastycznie, ale tak mniej więcej wygląda życie i Święta naszych dzieci i wysiedlonych ludzi w Sudanie. Proszę o modlitwę o odrobinę radości dla nich. Jeszcze raz, w imieniu własnym, Sióstr i naszych podopiecznych, życzę wszystkiego, co dobre.
S. Elzbieta Czarnecka
Chartum, 14.10.2001 r.
Drogi Przyjacielu,Pozwól, że wyrażę słowa wdzięczności za pomoc, jaką od Ciebie otrzymuję poprzez naszą Siostrę w Sudanie. Moje życie nie jest łatwe, ponieważ w naszym kraju panuje wojna. Czasami Siostra pokazuje nam film, w którym widzimy jak żyją dzieci w Europie i na pewno także w Polsce. Są ubrane, uśmiechnięte, mają piękne, wybudowane domy i światło w tych domach. Po wodę nie muszą nigdzie chodzić. Mama i tato trzymają je za ręce.
U nas nie jest tak. Byliśmy kiedyś szczęśliwi. Tak mówią tutaj ludzie. Nikt wtedy nikogo się nie bał. Mój tato miał dużo krów i pól. Nic nam nie brakowało, nawet jeśli nasze domy były inne od Waszych. Moja Mama była piękna, wysoka i uśmiechnięta.
Tato zginął w czasie bombardowania. Uciekaliśmy w nocy, gdzie kto mógł. Nigdy więcej nie widziałem moich silnych i odważnych braci ani siostry, która uczyła się od Mamy gotowania. Byłem najmłodszy w domu. Ukryłem się pod drzewem, a potem – gdy już ucichło – głośno płakałem. Ktoś mnie stamtąd wyciągnął i zabrał do Chartumu. Nigdy więcej nie widziałem swoich najbliższych. Tak bardzo pragnę, by mi się przynajmniej przyśnili. Ponoć moja Mama żyje w obozie dla uchodźców w Ugandzie, ale czy to prawda? Nie będę mógł jej zobaczyć, nie mam pieniędzy, by tam pojechać. A może kiedyś, jak urosnę?
Gdy głodny chodziłem po ulicach Chartumu, zaczepiła mnie Siostra i zapytała o moje imię i dlaczego nie byłem w szkole. Opowiedziałem jej całą historię mojej Rodziny i o sobie. Poszliśmy razem tam, gdzie mieszkam. Nie mam swojego domu. Ludzie, z którymi mieszkam, nie są moją rodziną. Są dla mnie dobrzy, ale jest nas dużo. Czasami cały dzień nie mamy nic do jedzenia, dlatego chodzę po ulicy, by coś znaleźć. Śpimy na podwórku, ale to nic, bo tutaj jest ciepło.
Siostra zapytała, czy chciałbym chodzić do szkoły. Chciałem się uczyć. Kiedyś poszedłem do szkoły z kolegami, ale mnie nie przyjęto. Za szkołę trzeba zapłacić. Poza tym nie miałem butów ani szkolnego mundurka. Siostra powiedziała, że ona też pieniędzy nie ma, ale na świecie są dobrzy ludzie i na pewno ktoś mi pomoże. Siostra porozmawiała z dyrektorem szkoły i następnego dnia dostałem od Siostry buty, mundurek i byłem w szkole. Na początku było trudno. Byłem wyższy od moich kolegów, a nic nie umiałem. Uczyłem się dużo i teraz już jest dobrze, nawet zaliczyłem dwie klasy w ciągu jednego roku. Chcę skończyć szkołę, by potem pracować i poszukać mojej Mamy.
Dziękuję dziś Tobie, Drogi Przyjacielu, za Twoją pomoc. Modlę się za Ciebie, chociaż Cię nie znam, nie widziałem Twojej twarzy i nigdy jej nie zobaczę. Gdy myślę o Tobie, zamykam oczy i widzę twarz mojego Taty i mojej Mamy.
Niech Bóg Ci wynagrodzi Twoje rodzicielskie serce i niech Pan Jezus zawsze Ci błogosławi, byśmy spotkali się w niebie.
Wdzięczny Ci Peter
PS List ten piszę w imieniu wszystkich dzieci, którym Siostry mogą pomóc dzięki Twojej ofierze i modlitwie.